piątek, 13 sierpnia 2010

Mortal Kombat (Plug & Play)




Dziś, po długiej przerwie, zajmiemy się nieco inną formą sztuki... grami video. Pod lupę, wezmę legendarną, pierwszą część równie legendarnej serii bijatyk - Mortal Kombat. Samej gry, nie trzeba nikomu przedstawiać. Inaczej ma się sprawa z formą jej wydania. Skupimy się na dosyć ciekawym kawałku sprzętu ponieważ mowa będzie o konsoli typu Plug&Play. Takowe konsole występują w różnej formie, jednak firma Jakks Pacific przygotowała coś konkretnego.
Całość, składa się na kontroler, który zawiera w sobie całą elektronikę z grą MK1. Zasila się go zwykłymi bateriami typu "paluszki", i jak sama nazwa wskazuje, podłącza się kabelkami do telewizora (co zajmuje parę sekund). Czerwonego kabelka brak bo dźwięk jest w mono. Joypad jest w miarę wygodny (chociaż ciężkawy), rozmieszczenie przycisków jest ok. Po odpaleniu gry, rzuciło mi się w oczy logo zespołu Digital Eclipse. Ci panowie byli odpowiedzialni za konwersje Mortal Kombat 4 na Game Boy Color. Ci co grali wiedzą do czego zmierzam. Warto jednak wstrzymać się z opiniami ponieważ mamy do czynienia z zupełnie innym sprzętem i innym rodzajem konwersji. W końcu, pojawił się upragniony napis Mortal Kombat i zabrzmiała znajoma muzyczka... no właśnie. Względnie znajoma, bo temat przewodni rozpoznałem dopiero po chwili. Niestety prawdą jest, że jakość oprawy dźwiękowej, pamięta jeszcze 16-bitowe konsole. Sama muzyka brzmi jeszcze nieźle, podobnie odgłosy, krzyki i teksty Shang Tsunga które uchowały się w całkowicie oryginalnej formie. Nieco gorsze są piski, które wydaje telewizor kiedy na przykład, wybierze się postać. Podobnie, dźwięk jaki słyszymy kiedy robimy Scorpionowe "sznurowadło", sprawia że można się tylko uśmiechnąć. No ale trudno. Liczba wojowników do wyboru, taka sama jak zawsze. "Battle Plan", czyli poczciwy "słupek", też bez różnicy, chociaż okienko porusza się trochę niemrawo i zamiast płynnie przychodzić do góry to klatkuje. To takie bzdetne szczególiki ale czegoś się muszę pouczepiać. Rozpoczynamy walkę. I tutaj dwie sprawy. Na początku grafika. Nie jest tragicznie, nawet nieźle ale do ideału trochę brakuje. Odradzam każdemu, podłączanie tej gry do telewizora HD, jakiejkolwiek plazmy o liczbie cali większej niż 30. Ja takiego nie mam ale już na moim 20-calowym kwadracie, piksele z lekka wyłażą. Widać tez wyraźnie, że obcięto liczbę kolorów. W sumie, nie jest to aż tak zauważalne z wyjątkiem jednej postaci. Pechowcem jest Raiden, który wygląda na prawdę cienko, jakby liczbę kolorów zmniejszono mu do 200. Tła są nieruchome. Brakuje animacji w stylu błyskających w ciemności oczu, czy klaszczących mnichów (co nie znaczy, że tych oklasków nie usłyszymy, najwyraźniej nauczyli się klaskać "na fokę"). Animacja postaci pozostała bez zmian, pod tym względem bez zarzutów. Wszystkie rozbłyski, fireballe, zamrażanie, sznurówki, itd. wyglądają świetnie. Aha, wszystkie areny z oryginału są dostępne. Teraz kwestia samej rozgrywki. Poziom trudności jest z góry ustalony, nie mamy tu dostępu do żadnych opcji. No i z tym poziomem jest różnie. Czasami zdarzy nam się założyć przeciwnikowi podwójnego flawless'a, a zaraz potem dostać zdrowo po papie. Niestety w przypadku Mortali uproszczonych względem oryginału, najlepiej spisują się najbardziej prymitywne taktyki w stylu uppercut, odskok, high kick z doskoku, tył i znowu hk, itd. Niestety próbując bardziej ambitnych technik, można się tu nieźle zakleszczyć. Bo niestety oponenci nie myślą zbyt wiele. Twórcy konwersji pojechali po rzeczy niewidocznej gołym okiem. AI postaci to chyba najbardziej irytująca sprawa. Taktyka komputera opiera się o nieustanne nawalanie specjalami. Jak dostaniecie trzecią sznurówkę pod rząd to zrozumiecie jaki to ból. Kiedy dochodzi do akcji "twarzą w twarz" to komputer klepie nas high punchem. Kiedy pojawia się napis "finish him", on dalej nas będzie klepał z HP. Nawet kiedy już pojawi się napis ".... wins" to bedziemy dostawać baty po twarzy, a na końcu obowiązkowy (zawsze) uppercut. Nie można liczyć na to, że przeciwnik zrobi nam chociaż fatality. Zawsze kończy się w ten sam lub podobny sposób. Przejście trzech endurance'ów pod rząd graniczy z cudem (przyznam się bez bicia, że grając po raz pierwszy, nawet nie doszedłem do Goro, nie mówiąc o pokonaniu go i sprawdzeniu w akcji Shanga). Trzeba spędzić przy grze trochę czasu aby "wkręcić" się w ten specyficzny, nie do końca udany system. A teraz, może trochę wyraźnych plusów. No więc... przecież znacie ta grę :). Poza wieloma wadami, będącymi tylko i wyłącznie winą konwersji a raczej złem koniecznym, które trzeba było zastosować aby gra zmieściła się w padzie, MK nadal czaruje. I niech nikogo nie dziwi, że w dzisiejszych czasach nie dałoby się wcisnąć wersji wiernej automatowej. Dałoby się ale wtedy płacilibyśmy za takie cudo paręset złotych. Ja jestem zadowolony. Najważniejsze, że gra ani trochę nie straciła na klimacie. A możliwość odpalenia sobie MK1, momentalnie przy obudzeniu się w środku nocy? Bezcenna! Każdemu fanatykowi MK1, polecam to cacko (choćby do kolekcji, bo samo opakowanie sprawia, że ślinka gęsto cieknie).

7/10
(ocena konwersji, gra: 10/10)

piątek, 19 czerwca 2009

MGMT - "Oracular Spectacular"




01. Time To Pretend
02. Weekend Wars
03. The Youth
04. Electric Feel
05. Kids
06. 4th Dimensional Transition
07. Pieces Of What
08. Of Moons, Birds & Monsters
09. The Handshake
10. Future Reflections




Są takie zespoły, które pojawiają się znikąd, robią wielki szum i ciężko tak na prawdę przewidzieć jak potoczą się dalej ich losy. W ten schemat niejako wpisują mi się chłopaki z MGMT. Niejako, ponieważ szczebli, po których pieli się ku wielkiemu sukcesowi, było zdecydowanie więcej niż wskazywałoby na to okreslenie "zespół znikąd".
Słuchając płyty "Oracular Spectacular" ciężko jednak oprzeć się wrażeniu, że MGMT wpadli na mainstreamową scenę muzyczną niczym piromani do magazynu chemicznego. I co zrobić z zespołem, który już na dzień dobry posiada piosenke, której linię melodyczną nuci cały świat?
Jak wyjasnić to, że mimo wielkiego sukcesu, grupa nadal pozostaje zagadką? Tu sprawa zaczyna się komplikować ponieważ wcale nie jest tak łatwo jednoznacznie stwierdzić czym jest MGMT. Na pierwszy rzut oka jest to duet młodych, nieco ekscentrycznych chłopaków. Na pierwszy rzut ucha jest to kolejna z wyrastających masowo 'indie/electro/rockowych' grup, które z zapałem szturmują listy przebojów. I kiedy w końcu uruchamiamy w odtwarzaczu płytę "Oracular Spectacular", okazuje się że cała ta nasza ideologia rozbija się na drobne kawałki, których nie da rady dopasować według wczesniejszego schematu.
Całość rozpoczyna się od "Time To Pretend", który (będąc jednoczesnie singlowym utworem) nie stara się specjalnie pozbawić słuchacza złudzeń, że album składa się z dziesięciu piosenek w stylu "Kids". Stare analogowe syntezatory bzyczą sobię, panowie Andrew VanWyngarden i Ben Goldwasser, podśpiewują w charakterystycznym chórku, kawałek płynie powoli i nigdzie się nie śpieszy a jednoczesnie jest to jeden ze słabszych fragmentów. Kubeł zimnej wody zostaje wylany na słuchacza przy okazji kolejnej kompozycji, "Weekend Wars".
Zmiana nastroju o 360 stopni i zaczynamy się gubić. Co tu się w ogóle dzieje? Nie dość, że zmienił się środek przekazu to jakby cofnęliśmy się w czasie o conajmniej dwie a nawet trzy dekady. I tu też pierwsza pochwała ode mnie dla MGMT ponieważ, mimo iż zarówno ten utwór jak i następujący po nim "The Youth", nie staną się wielkimi hitami to zrobione zostały z głową. To jest ten moment kiedy niejeden niedzielny słuchacz przeskoczy dalej lub całkowicie "odpadnie". Nie warto robić tego błędu.
"Electric Feel" uderzył mnie niczym rozpędzony pociąg pośpieszny z błyszczącą etykietą "made in 80s".
Nie, tu nie ma jakiejś rewolucji. To nie tak, że nagle MGMT telepatycznie zawładnęli myślą muzyki z tamtych lat, są przecież na to za młodzi. Rzecz w tym, że stworzyli pastisz klasycznego brzmienia lat osiemdziesiątych i zrobili to perfekcyjnie!
To piękna, nostalgiczna podróż, która nie brzmi do tego pretensjonalnie i zwyczajnie puszcza nam oko. To bardzo mocny punkt i zasłużony singiel. Następnie "Kids", który już stał się legendą. Recepta na wielkie przeboje jest prosta tak jak prosta, oszczędna i skromna jest ta kompozycja. Znajdzie się ktoś kto po wysłuchaniu, nie będzie nucił sobię tej melodyjki? Nie wierzę!
Porzucone na chwile gitary powracają szybko i towarzyszą nam już do końca płyty. Od tego momentu robi się coraz gęściej. Cały czas krążymy gdzieś na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych i sugeruje nam to nawet szaleńcza zabawa ludzi odpowiedzialnych za mastering. Nie lubię szczególnie porównań do innych zespołów ale i tutaj MGMT sprawiają nam psikusa.
Nieraz chciałoby się rzec "toż to sami The Beatles w 'Pieces Of What'" ale po zastanowieniu nie jesteśmy już tacy pewni.
"Oracular Spectacular" umyślnie nagrano tak aby zdawało się nam, że słuchamy bardzo starej płyty, zarejestrowanej w starym studiu na wyjątkowo wiekowym sprzęcie. Guzik. Ten trik pozwala nam jednak nieco głębiej wgryźć się w klimaty jakie serwują nam Andy i Ben, a raczej pomagają nam odebrać ten album tak jak było to w planie zespołu. Jest wiele, wiele, na prawdę wiele eksperymentowania i to zarówno w warstwie muzycznej jak i wokalnej. MGMT śpiewają na wielkim luzie, ich wokale lubią uciekać gdzieś do tyłu by zaraz pojawić się na nowo w pierwych rzędach, czasami grają niedbale by w nastepnej chwili powrócić do wymierzonego przy linijce rytmu. Tu wszystko może się zdarzyć. Kończący płytę "Future Reflections" wcale nie wyprowadza nas ze świata, do którego MGMT nas zaprosili.
Album się kończy a my siedzimy zatkani, nikt nie wziął nas za rączke i nie pokazał co nalezy zrobić po wysłuchaniu "Oracular Spectacular"... włączamy więc od nowa.
Przyznam się bez bicia, że nie potrafię wygłosić jednoznacznej opinii na temat debiutu młodych Amerykanów. Mamy tu geniusz, kicz, eksperymenty, prostotę, niedbalstwo i pełen profesjonalizm, ta płyta jest jak gra "100 in 1". Zdecydowanie wymaga czasu i skupienia co w zestawieniu z komercyjnym sukcesem sprawia, że mamy tu do czynienia z zabawnym oksymoronem. Być może ludzie nauczyli się słuchać, może czekają nas lepsze czasy a może wręcz przeciwnie? Zbyt odważne to pytania a płyta MGMT z pewnością nie jest na nie odpowiedzią. Jednak mamy wskazówkę. Młodzi artyści zaczynają znów kombinować, czerpią z klasyki i nie wstydzą się tego, myślą jak znów zaskoczyć słuchacza, siebię i... muzykę.
To dość subiektywna opinia ale ja MGMT uwierzyłem, co do ich przyszłości to można spodziewać się wszystkiego jednak warto uchwycić ich magię właśnie teraz. Szczerze polecam!

7/10

wtorek, 3 lutego 2009

Bomb The Bass - "Future Chaos"


01. Smog - feat. Paul Conboy
02. Butterfingers - feat. Fujiya/Miyagi
03. Old John - feat. Paul Conboy
04. Burn The Bunker - feat. Toob
05. So Special - feat. Paul Conboy
06. No Bones - feat. Paul Conboy
07. Black River - feat. Mark Lanegan
08. Hold Me Up - feat. Paul Conboy
09. Fuzzbox - feat. Jon Spencer




Przyznam się szczerze ,że o nowym albumie Bomb The Bass dowiedziałem się dopiero teraz mimo, iż jest to wydawnictwo z ubiegłego roku.
Mózg tego jednoosobowego zespołu, Tim Simenon, długo kazał na siebie czekać.
Wszak ostatnie wydawnictwo sygnowane nazwą BTB - "Tracks", pojawiło się w 2001 roku.
Historia powstawania "Future Chaos" jest dość burzliwa, materiał został pierwotnie zarejestrowany w 2006 roku lecz Simenon zadecydował w końcu ,że całość trzeba nagrać na nowo. Decyzja ta miała związek z chęcią zmiany stylu przez artystę.
Premiera była przekładana jeszcze wielokrotnie (być może dlatego wiele osób ją przegapiło, tak jak ja), dopiero 15 września 2008 roku, w sklepach ukazała się wyczekiwana "Future Chaos".
Tradycyjnie, Tim Simenon zaprosił do współpracy innych artystów. Po pobieżnym przesłuchaniu, ktoś mógłby rzec ,że wokalista jest jeden jednak to nie prawda.
Wśród zaproszonych gości znaleźli się Paul Conboy, Mark Lanegan, Jon Spencer, Toob jak i Fujiya & Miyagi.
Przyznam szczerze ,że wokale na tej płycie często zapuszczają się w rejony maniery Thoma Yorka z Radiohead. Na tym jednak wszelkie porównania się kończą.
Nowy album Bomb The Bass jest od strony muzycznej niemal manifestem minimalizmu. To wyjątkowo trudne, elektroniczne brzmienie, które nie każdemu może przypaść do gustu. W żadnym wypadku nie należy tu poszukiwać elementów muzyki tanecznej (chociaż na upartego każdy coś znajdzie).
"Future Chaos" to takie zjawisko, które wymaga od słuchacza czasu. Czasu na przetrawienie, przespanie się z tematem, przemyślenie.
To taki rodzaj muzyki ,który z początku wylatuje szybko drugim uchem ale, jeżeli da mu się szanse, z ucha skręci prosto do serca.
Pobrzmiewają tu echa bluesowe, nawet country, trochę subtelnych odniesień do jazzu, wszystko to jednak w surowym, elektronicznym pancerzu.
Monotonna, taka z pewnoscią jest ta płyta.
Można by nawet rzec ,że Simenon się tu nie napracował, że wszystko brzmi jak jeden niekończący się utwór ale jest to strategia przemyślana i pokazuje ,że pierwsze wrażenie może być mylące. Utwór numer jeden czyli "Smog" nastraja dość pozytywnie co do muzycznej podrózy, która nas czeka.
Kolejne dwie kompozycje sprawiły jednak ,że moje uszy trochę oklapły. Były momenty ale to tylko drobiazgi, za mało by się wyróżnić i zbyt podobne do siebie. W końcu jednak strzelił piorun a mianowicie przy mojej świętej trójce tego albumu, utworach "So Special", "No Bones" i "Black River".
Następujące po sobie, stanowiły swego rodzaju terapię szokową.
Podczas słuchania "Future Chaos" polecam rozsiąść się wygodnie i zamknąć oczy.
Ja zobaczyłem olbrzymie pustynne krajobrazy, stare stacje benzynowe zatopione w pyle na pustkowiu, zmierzch w trakcie "No Bones", wyłaniające się powoli gwiazdy przy "Black River".
To jest właśnie taka płyta, leniwa i monotonna niczym piaszczyste doliny w Arizonie. Jeśli ktoś raz załapie ten klimat, nie oderwie się od "Future Chaos" przez długi czas.
Myślę ,że napisałem wszystko co mogłem przekazać jako słuchacz.
Resztę każdy dopowie sobie sam jeżeli zdecyduje się sięgnąć po nowy album Bomb The Bass. Szczerze polecam spróbować!

8/10

poniedziałek, 2 lutego 2009

"The X-Files : I Want To Believe"


Z Archiwum X : Chcę Uwierzyć (The X-Files : I Want To Believe)
thriller / horror, 2008
rez. Chris Carter
wyk.: David Duchovny, Gillian Anderson, Amanda Peet
scenariusz: Frank Spotnitz, Chris Carter
muzyka : Mark Snow
czas: 104 min.




Pamiętam jakby to było wczoraj, marcowy wieczór 1996 roku.
Ja, wówczas dziesięcioletni malec, zasiadłem przed telewizorem aby wraz z rodzicami obejrzeć pierwszy odcinek nowego serialu "o ufo". I tak się zaczęło.
Odkąd po raz pierwszy zobaczyłem na ekranie Muldera i Scully, bacznie sledziłem każdy następny odcinek "Z Archiwum X".
To były złote czasy tego serialu, wtedy podniecaliśmy się tym jak dzisiejsza młodzież "Lost'em" lub "Prison Brake".
Minęło 13 lat i właśnie gdy piszę te słowa, na dvd zostaje wydany drugi pełnometrażowy film "X-Files" o podtytule "I Want To Believe" (kinową premierę miał w ubiegłym roku).
Na kontynuacje pierwszego filmu trzeba było czekać długo, sama pre produkcja trwała dobre 6 lat a serialu, jak wiemy, już dawno nie ma. Co więc otrzymujemy po wielu latach wyczekiwania na powrót dwóch agentów?
Niestety pierwszą rzeczą jaka rzuca się w oczy jest to ,że czas płynie i jest nie do zatrzymania. Jeśli jeszcze Gillian Anderson wygląda nieźle tak David Duchovny wraźnie się obsunął.
Ale to szczegół. Trochę inaczej ma się sprawa z samym filmem.Historia prezentuje się tak. Młoda agentka Monica Bannan, zostaje uprowadzona przez nieznanych sprawców. Jakby tego było mało, FBI odnajduje w lodzie odcietą ręke a to za sprawą Ojca Jo, księdza pedofila z wyrokiem, który w swoich wizjach widzi porwaną. Mało?
Naturalnie to dopiero początek!
Federalne Biuro Śledcze wie kto jeszcze będzie im potrzebny. Okazuje się jednak ,że Fox Mulder jest nieuchwytny i rządowcy zmuszeni są zwrócić się o pomoc do Dany Scully.
Jak szybko sie dowiadujemy zarówno ona jak i on, dawno już nie mają z FBI nic wspólnego. Scully jest lekarką i walczy o życie nieuleczalnie chorego chłopca. Mulder zaś żyje "na wygnaniu" w jakiejś chacie, za siedmioma górami i lasami. Całe "X-Files".
Gdy była agentka odnajduje starego przyjaciela ten wygląda jakby faktycznie dopiero wyszedł z lasu i to po wielu latach nie opuszczania go.
Nadal jednak na ścianie jego pokoju, dumnie wisi słynny plakat "I Want To Believe". I tak się wszystko zaczyna. Mulder powraca aby odszukać zaginioną agentkę, i jak się okazuję, parę innych kobiet ,które upłynniły się w podobnych okolicznościach.
I w tym momencie ucinam bo na prawdę nie ma sensu zdradzać dalszej części fabuły, warto samemu się przekonać.
Jedną sprawę trzeba jednak postawić jasno już teraz... to nie jest film o UFO.
Sam się dziwię swojemu zaskoczeniu ponieważ wiele było takich odcinków serialu gdzie zielonych ludków nie było. Mimo to , wydawało mi się prawie oczywiste ,że w pełnometrażowym filmie, TE motywy będą musiały się pojawić (co z resztą w pewien sposób sugerował podtytuł). Tak się jednak składa ,że nie. Obecnosć kosmitów w tym obrazie ogranicza się do wspomnianego już plakatu Muldera oraz kilku wzmianek na temat zniknięcia jego siostry. Co więc tak właściwie ofiarowują nam twórcy wraz z "X-Files : I Want To Believe"?
Paradoksalnie to najwięksi fani serialu mogą poczuć się tutaj zawiedzeni a reszta wręcz przeciwnie. Zwolennicy kosmitów mogą najwyżej po raz setny obejrzeć "Fight The Future" bo tutaj niczego dla siebie nie znajdą. Ci jednak ,którzy cenili tą drugą stronę medalu, odcinki opowiadające historie na pograniczu thrillera i horroru, będą zadowoleni. Tajemnica jaka kryje się za porwaniami kobiet jest w najprostrzy sposób mówiąc, dziwna i niejednemu włos się zjeży na głowie. Czystej akcji i pościgów również nikomu nie będzie mało.
Kolejna przepaść pojawia się jednak w kwestii samych głównych bohaterów. To już nie są ci sami ludzie.
Włączając ten film myślałem ,że przejdzie mnie dreszcz na sam ich widok, po tylu latach od zakończenia serialu. A tu nic.
Ten specyficzny klimat gdzieś się ulotnił i nic tu nie zmienia fakt ,że film reżyseruje sam Chris Carter. Mulder to podstarzały pustelnik ,który nadal "chce wierzyć" a Scully to podstarzała lekarka ,która nadal uwierzyć nie może. Niestety poza kwestią wiary i jej braku, nic po starych agentach nie zostało. Mulder wydaje się być z lekka nieprzytomny, jakby te pare lat spędził w kokonie. Scully zaś stała się wyjątkowo naiwna i słaba. Ze starej gwardii pojawia się jeszcze jeden osobnik ale nie bede psuł zaskoczenia, zwłaszcze ,że on jako jedyny się nie zmienił.
Cały film pędzi niczym jaguar, jest dość chaotycznie i generalnie to wszystko wydaje się zbyt uproszczone. Relacje między bohaterami również krążą w dziwnych kierunkach i momentami ciężko się połapać co tak na prawdę chodzi im po głowach. Podsumowując, film ten jest nietypowy nawet dla wyjątkowo elastycznej formuły serialu "X-Files".
Ci którzy zapragną przypomnieć sobie "stare dobre czasy" oglądając znów Muldera i Scully, przeliczą się. Być może to dobrze ,że twórcy nie starali się odgrzać starego kotleta jednak pomysł na nowe mielone też nie specjalnie im wyszedł, z resztą każdy podświadomie ma ochotę na trochę nostalgii. W filmie zabraknie również ciętych dowcipów Foxa ale to już można przegryść. Trochę marudzę ale tak jak pisałem na początku, fanom serialu nieco trudniej będzie się oswoić z "I Want To Believe". Jak to mawiają, jest to "zupełnie inna jazda". Co zatem na plus?
Z pewnością samo to ,że film po wielu bólach w końcu powstał. Mimo tych wszystkich dziwactw, jest to nadal dobre kino. Intryga niebanalna, aktorzy dwoją się i troją aby uwydatnić spłaszczone przez scenariusz postacie, niektórzy widzowie nawet się wystraszą a pewnemu gronu być może nawet łezka zakręci się w oku. Do tego muzyka skomponowana przez samego Marka Snow'a jak zwykle stoi na wysokim, X-owym poziomie ale to temat na osobną recenzję.
Polecam zapoznać się z "X-Files : I Want To Believe", nie tylko jako swego rodzaju wehikułem czasu ale też porządnym kinem akcji. Nie jest źle!

7/10

Bear McCreary's "Terminator : The Sarah Connor's Chronicles Soundtrack"


01 - Samson And Delilah (from 'Samson and Delilah') 4:56 - Performed by Shirley Manson
02 - 'Terminator: The Sarah Connor Chronicles' Opening Title 0:43
03 - Sarah Connor's Theme (from 'Pilot') 3:15
04 - Cromartie In The Hospital (from 'The Turk') 1:08
05 - Andy Goode's Turk (from 'Queen's Gambit') 3:09
06 - Central America (from 'Queen's Gambit') 1:32
07 - John And Riley (from 'Automatic for the People') 2:25
08 - Derek Reese (from 'Queen's Gambit' and 'The Demon Hand') 2:51
09 - Ain't We Famous (from 'Automatic for the People') 3:34 - Performed by BrEndAn's Band
10 - Motorcycle Robot Chase (from 'Gnothi Seuton') 2:48 - Featuring Captain Ahab
11 - The Hand Of God (from 'The Demon Hand') 3:08
12 - Prisoners Of War (from 'Dungeons & Dragons') 6:23
13 - Miles Dyson's Grave (from 'The Turk') 2:41
14 - Atomic Al's Merry Melody (from 'Automatic for the People') 1:21
15 - The Reese Boys (from 'What He Beheld') 1:39
16 - Removing Cameron's Chip (from 'Vick's Chip') 3:13
17 - Ellison Spared (from 'What He Beheld') 2:21
18 - I Love You (from 'Samson & Delilah') 2:28
19 - Catherine Weaver (from 'Samson & Delilah') 2:03
20 - Derek's Mission (from 'Dungeons & Dragons') 1:45
21 - There's A Storm Coming (from 'Dungeons & Dragons') 3:00
22 - Highway Battle (from 'Queen's Gambit') 3:56
23 - Perfect Creatures (from 'The Demon Hand') 2:13
24 - 'Terminator: The Sarah Connor Chronicles' End Credits 0
:35


"Co by było gdyby... ?" to dla wielu recenzentów ulubione pytanie i mnie również naszło aby zastanowić się nad tym jak zabrzmiałaby muzyka do pierwszego "Terminatora" gdyby to nie Brad Fiedel a Tony Banks był jej autorem (a tak pierwotnie miało się stać).
Jedni z ubolewaniem pokręciliby głową, inni z zamyśloną miną odpłynęli w stronę chmur... ale z jednym każdy musiałby się zgodzić - to nie byłoby z pewnoscią to samo.
Dlaczego o tym piszę?
Ponieważ bohater tej oto recenzji, niejaki Bear McCreary, otrzymał nielada zadanie.
Musiał zmierzyć się z legendą muzyki filmowej, stworzyć oprawę dzwiekową do serialowej wersji "Terminatora". Jak wiemy, po dwóch genialnych soundtrackach autorstwa Brada Fiedela, jedynie jedna osoba podjęła się przejąć tą zacną pałeczkę. Niestety Marco Beltrami nie zebrał zbyt entuzjastycznych opinii za swoją wizję muzycznych pejzaży do "Terminatora 3" i nieświadomie dorzucił jedną kłodę pod nogi trzydziestoletniego kompozytora z Los Angeles.
Bear McCreary swoje już jednak pokazał za sprawą doskonałej ścieżki dzwiękowej do serialu "Battlestar Galactica". Ambitny kompozytor zdecydował się podjąć wyzwanie i zmierzyć z "Terminatorem". Co z tego wyniknęło? Otóż tak się składa ,że otrzymaliśmy jeden z bardziej udanych serialowych soundtracków ostatnich lat.
Beltrami za wszelka ceną próbował odciąć się od oryginalnych motywów skomponowanych przez Fiedela, chciał stworzyć coś od podstaw i to, mimo szczytnego zamysłu, nie zdało w wypadku T3 egzaminu. McCreary postanowił zaczerpnąć najlepsze elementy z oryginału a dopiero na tym fundamencie stworzyć własne dzieło. Nie oznacza to jednak tego ,że otrzymalismy odświeżone wersje starych kompozycji.
Znany motyw Terminatora, pojawia się w serialu bardzo rzadko, raczej tylko jako drobne nawiązanie. Powrócił jednak industrialny klimat, czasem lekko zabarwiony partiami orkiestry symfonicznej. Myslę, że nie ma sensu analizować każdy utwór osobno tak więc skupie się na najważniejszych momentach.
Na dzień dobry, otrzymujemy raczej mało reprezentatywny dla tego soundtracku, lecz wyjątkowo dobry utwór wokalny.
Wersja piosenki
"Samson and Delilah" (najbardziej popularnej w wykonaniu Grateful Dead) to efekt współpracy między McCreary'm a Shirley Manson, znanej wokalistki zespołu Garbage, jak również odtwórczyni jednej z głównych ról drugiego sezonu "Kronik Sary Connor". Utwór ten ilustruje początkowe sceny odcinka o tym samym tytule, i spisuje się w tej roli doskonale. Myślę ,że nie wiele brakuje jej do niezapomnianych ujęć Arnolda
Schwarzeneggera na motorze, opatrzonych dzwiekami "Bad To The Bone" w wykonaniu Georga Thorogooda i The Destroyers.
Po tym, jakby nie patrzeć, zaskakującym wstępie, zostajemy porwani w świat muzyki instrumentalnej. Trzecią pozycję na liście utworów zajmuje
"Sarah Connor's Theme", temat który w różnej postaci będzi się przewijał przez cały soundtrack. Tu zdecydowanie w najlepszej wersji jest też zarazem najlepszą kompozycją na płycie, nieco dramatyczną, podniosłą lecz z pewnościa nie nurzącą czy irytującą. Kwintesencja subtelnego piękna zarazem opatrzona agresywnymi, metalicznymi uderzeniami w końcówce. Następujący po niej "Cromartie In The Hospital" to typowy temat ilustrujący zagrożenie. Zwracam na niego uwagę ponieważ zawiera on jedno z niewielu zapożyczeń, w tym wypadku jest to "melodia" (tak na prawdę, jak to nie raz bywa z muzyką ilustracyjną, ciężko tu mówić o melodii) z filmu "Terminator 2 : Judegement Day", tam pojawiała się kiedy na ekranie panował Robert Patrcik w roli T-1000.
Zdecydowanie warte uwagi są kompozycje o numerach 5 ("Andy Goodes Turk") oraz 8 ("Derek Reese"), dynamiczne i przepełnione industrialnym klimatem. Są również pokazem
tego jak genialnie może brzmieć połączenie metalicznych uderzeń i energicznych partii smyczkowych (zwłaszcza w tym drugim utworze).
Pod numerem 9 kryje się piosenka w wykonaniu BrEndAn's Band. Przetrzegam przed nią ponieważ została ona umiejscowiona wyjątkowo niefortunnie i całkowicie wytrąca słuchacza z klimatu budowanego przez poprzednie fragmenty (nie mówiąc o tym ,że nie jest to najlepsza piosenka jaką słyszałem). Podbną sytuację mamy na pozycji 14, szczerze radzę uważać na "Atomic Als Merry Melody". Wprawdzie jest to utwór instrumentalny ale raczej dla fanów Looney Tunes niż Terminatora. Zastanawia mnie jaki był sens umieszczania tego typu utworów na soundtracku, być może będe miał kiedyś okazję spytać samego McCreary'ego.

"I Love You" to podkład pod niezapomnianą scenę z pierwszego odcinka sezonu drugiego (warto przekonać się samemu dlaczego jest taka wyjątkowa), jest to kolejna wariacja na temat "Sarah Connor's Theme" lecz tutaj nabiera nieco innego wyrazu.
"There's a Storm Coming" to piękny, rozpływający sie pejzaż dzwiękowy a dynamiczny "Highway Battle"
doskonale z nim kontrastuje.
Całość kończy
"End Credits"
czyli kwintesencja całej ściezki dzwiękowej zamknięta w 35 sekundach.
Za nami ponad godzina muzyki do serialu "Terminator : The Sarah Connor's Chronicles".
Zastanawiacie się pewnie dlaczego ocena końcowa jest tak wysoka skoro zwróciłem uwagę jedynie na kilka fragmentów. Wynika to ze specyfiki soundtracku, zwłaszcza jeżeli mamy do czynienia z serialem.
Dzieło Bear'a McCreary'ego doskonale sprawdza się jako tło tego co widzimy na ekranie lecz zupełnie inaczej odbierane jest w wydaniu czysto dźwiękowym. Pewne kompozycje po pobieżnym przesłuchaniu, mogą wydawać się bardzo podobne, niemal identyczne. Niektóre z nich doskonale budowały napięcie w danych scenach lecz pozbawione obrazu, mogą po prostu nudzić. Wymieniłem fragmenty ,do których można spokojnie wrócić nie przesłuchując przy tym całej płyty od początku do końca. Jako całosć, soundtrack ten brzmi rewelacyjnie (mimo pewnych przeszkadzajek, o których pisałem wczesniej) lecz nie każdy z utworów radzi sobie dobrze w pojedynkę. Absolutnie nie dyskwalifikuje to tego wydawnictwa i nadal uważam ,że mamy do czynienia z jedną z najlepszych ścieżek dzwiękowych ostatnich lat. Bear McCreary z podniesioną głową może chwalić się swoim dziełem i z pewnością będzie to mocny punkt w jego kompozytorskim CV. A my możemy się tylko cieszyć, że ta muzyka już od połowy grudnia ubiegłego roku, jest do zdobycia na płycie. Polecam!


9/10

niedziela, 1 lutego 2009

Witam!
To jest pierwszy post na blogu, właśnie ten, którego nikt nie czyta ale i tak takowy musi się pojawić i nie ma przed tym ucieczki. Nigdy nie byłem wielkim fanem blogów, nigdy nie uważałem ,że potrzebuje mieć publiczny pamiętnik. Jest to jednak potężne narzędzie, które można wykorzystać w inny sposób. Ja chciałbym aby to miejsce zawierałe moje autorskie recenzje lub felietony na temat literatury, muzyki, ruchomego obrazu czy też szeroko pojętej sztuki a nawet gier komputerowych. Niezależnie od tego jak wielu (lub niewielu) gości odwiedzi tą stronę, będe pisał a być może ktoś tu wpadnie i zdecyduje się zapoznać z jedną z polecanych przeze mnie książek, gier czy płyt.
Serdecznie zapraszam!

A teraz postaram się aby to miejsce jeszcze jakoś wyglądało :)