
Dziś, po długiej przerwie, zajmiemy się nieco inną formą sztuki... grami video. Pod lupę, wezmę legendarną, pierwszą część równie legendarnej serii bijatyk - Mortal Kombat. Samej gry, nie trzeba nikomu przedstawiać. Inaczej ma się sprawa z formą jej wydania. Skupimy się na dosyć ciekawym kawałku sprzętu ponieważ mowa będzie o konsoli typu Plug&Play. Takowe konsole występują w różnej formie, jednak firma Jakks Pacific przygotowała coś konkretnego. Całość, składa się na kontroler, który zawiera w sobie całą elektronikę z grą MK1. Zasila się go zwykłymi bateriami typu "paluszki", i jak sama nazwa wskazuje, podłącza się kabelkami do telewizora (co zajmuje parę sekund). Czerwonego kabelka brak bo dźwięk jest w mono. Joypad jest w miarę wygodny (chociaż ciężkawy), rozmieszczenie przycisków jest ok. Po odpaleniu gry, rzuciło mi się w oczy logo zespołu Digital Eclipse. Ci panowie byli odpowiedzialni za konwersje Mortal Kombat 4 na Game Boy Color. Ci co grali wiedzą do czego zmierzam. Warto jednak wstrzymać się z opiniami ponieważ mamy do czynienia z zupełnie innym sprzętem i innym rodzajem konwersji. W końcu, pojawił się upragniony napis Mortal Kombat i zabrzmiała znajoma muzyczka... no właśnie. Względnie znajoma, bo temat przewodni rozpoznałem dopiero po chwili. Niestety prawdą jest, że jakość oprawy dźwiękowej, pamięta jeszcze 16-bitowe konsole. Sama muzyka brzmi jeszcze nieźle, podobnie odgłosy, krzyki i teksty Shang Tsunga które uchowały się w całkowicie oryginalnej formie. Nieco gorsze są piski, które wydaje telewizor kiedy na przykład, wybierze się postać. Podobnie, dźwięk jaki słyszymy kiedy robimy Scorpionowe "sznurowadło", sprawia że można się tylko uśmiechnąć. No ale trudno. Liczba wojowników do wyboru, taka sama jak zawsze. "Battle Plan", czyli poczciwy "słupek", też bez różnicy, chociaż okienko porusza się trochę niemrawo i zamiast płynnie przychodzić do góry to klatkuje. To takie bzdetne szczególiki ale czegoś się muszę pouczepiać. Rozpoczynamy walkę. I tutaj dwie sprawy. Na początku grafika. Nie jest tragicznie, nawet nieźle ale do ideału trochę brakuje. Odradzam każdemu, podłączanie tej gry do telewizora HD, jakiejkolwiek plazmy o liczbie cali większej niż 30. Ja takiego nie mam ale już na moim 20-calowym kwadracie, piksele z lekka wyłażą. Widać tez wyraźnie, że obcięto liczbę kolorów. W sumie, nie jest to aż tak zauważalne z wyjątkiem jednej postaci. Pechowcem jest Raiden, który wygląda na prawdę cienko, jakby liczbę kolorów zmniejszono mu do 200. Tła są nieruchome. Brakuje animacji w stylu błyskających w ciemności oczu, czy klaszczących mnichów (co nie znaczy, że tych oklasków nie usłyszymy, najwyraźniej nauczyli się klaskać "na fokę"). Animacja postaci pozostała bez zmian, pod tym względem bez zarzutów. Wszystkie rozbłyski, fireballe, zamrażanie, sznurówki, itd. wyglądają świetnie. Aha, wszystkie areny z oryginału są dostępne. Teraz kwestia samej rozgrywki. Poziom trudności jest z góry ustalony, nie mamy tu dostępu do żadnych opcji. No i z tym poziomem jest różnie. Czasami zdarzy nam się założyć przeciwnikowi podwójnego flawless'a, a zaraz potem dostać zdrowo po papie. Niestety w przypadku Mortali uproszczonych względem oryginału, najlepiej spisują się najbardziej prymitywne taktyki w stylu uppercut, odskok, high kick z doskoku, tył i znowu hk, itd. Niestety próbując bardziej ambitnych technik, można się tu nieźle zakleszczyć. Bo niestety oponenci nie myślą zbyt wiele. Twórcy konwersji pojechali po rzeczy niewidocznej gołym okiem. AI postaci to chyba najbardziej irytująca sprawa. Taktyka komputera opiera się o nieustanne nawalanie specjalami. Jak dostaniecie trzecią sznurówkę pod rząd to zrozumiecie jaki to ból. Kiedy dochodzi do akcji "twarzą w twarz" to komputer klepie nas high punchem. Kiedy pojawia się napis "finish him", on dalej nas będzie klepał z HP. Nawet kiedy już pojawi się napis ".... wins" to bedziemy dostawać baty po twarzy, a na końcu obowiązkowy (zawsze) uppercut. Nie można liczyć na to, że przeciwnik zrobi nam chociaż fatality. Zawsze kończy się w ten sam lub podobny sposób. Przejście trzech endurance'ów pod rząd graniczy z cudem (przyznam się bez bicia, że grając po raz pierwszy, nawet nie doszedłem do Goro, nie mówiąc o pokonaniu go i sprawdzeniu w akcji Shanga). Trzeba spędzić przy grze trochę czasu aby "wkręcić" się w ten specyficzny, nie do końca udany system. A teraz, może trochę wyraźnych plusów. No więc... przecież znacie ta grę :). Poza wieloma wadami, będącymi tylko i wyłącznie winą konwersji a raczej złem koniecznym, które trzeba było zastosować aby gra zmieściła się w padzie, MK nadal czaruje. I niech nikogo nie dziwi, że w dzisiejszych czasach nie dałoby się wcisnąć wersji wiernej automatowej. Dałoby się ale wtedy płacilibyśmy za takie cudo paręset złotych. Ja jestem zadowolony. Najważniejsze, że gra ani trochę nie straciła na klimacie. A możliwość odpalenia sobie MK1, momentalnie przy obudzeniu się w środku nocy? Bezcenna! Każdemu fanatykowi MK1, polecam to cacko (choćby do kolekcji, bo samo opakowanie sprawia, że ślinka gęsto cieknie).
7/10 (ocena konwersji, gra: 10/10)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz