piątek, 19 czerwca 2009

MGMT - "Oracular Spectacular"




01. Time To Pretend
02. Weekend Wars
03. The Youth
04. Electric Feel
05. Kids
06. 4th Dimensional Transition
07. Pieces Of What
08. Of Moons, Birds & Monsters
09. The Handshake
10. Future Reflections




Są takie zespoły, które pojawiają się znikąd, robią wielki szum i ciężko tak na prawdę przewidzieć jak potoczą się dalej ich losy. W ten schemat niejako wpisują mi się chłopaki z MGMT. Niejako, ponieważ szczebli, po których pieli się ku wielkiemu sukcesowi, było zdecydowanie więcej niż wskazywałoby na to okreslenie "zespół znikąd".
Słuchając płyty "Oracular Spectacular" ciężko jednak oprzeć się wrażeniu, że MGMT wpadli na mainstreamową scenę muzyczną niczym piromani do magazynu chemicznego. I co zrobić z zespołem, który już na dzień dobry posiada piosenke, której linię melodyczną nuci cały świat?
Jak wyjasnić to, że mimo wielkiego sukcesu, grupa nadal pozostaje zagadką? Tu sprawa zaczyna się komplikować ponieważ wcale nie jest tak łatwo jednoznacznie stwierdzić czym jest MGMT. Na pierwszy rzut oka jest to duet młodych, nieco ekscentrycznych chłopaków. Na pierwszy rzut ucha jest to kolejna z wyrastających masowo 'indie/electro/rockowych' grup, które z zapałem szturmują listy przebojów. I kiedy w końcu uruchamiamy w odtwarzaczu płytę "Oracular Spectacular", okazuje się że cała ta nasza ideologia rozbija się na drobne kawałki, których nie da rady dopasować według wczesniejszego schematu.
Całość rozpoczyna się od "Time To Pretend", który (będąc jednoczesnie singlowym utworem) nie stara się specjalnie pozbawić słuchacza złudzeń, że album składa się z dziesięciu piosenek w stylu "Kids". Stare analogowe syntezatory bzyczą sobię, panowie Andrew VanWyngarden i Ben Goldwasser, podśpiewują w charakterystycznym chórku, kawałek płynie powoli i nigdzie się nie śpieszy a jednoczesnie jest to jeden ze słabszych fragmentów. Kubeł zimnej wody zostaje wylany na słuchacza przy okazji kolejnej kompozycji, "Weekend Wars".
Zmiana nastroju o 360 stopni i zaczynamy się gubić. Co tu się w ogóle dzieje? Nie dość, że zmienił się środek przekazu to jakby cofnęliśmy się w czasie o conajmniej dwie a nawet trzy dekady. I tu też pierwsza pochwała ode mnie dla MGMT ponieważ, mimo iż zarówno ten utwór jak i następujący po nim "The Youth", nie staną się wielkimi hitami to zrobione zostały z głową. To jest ten moment kiedy niejeden niedzielny słuchacz przeskoczy dalej lub całkowicie "odpadnie". Nie warto robić tego błędu.
"Electric Feel" uderzył mnie niczym rozpędzony pociąg pośpieszny z błyszczącą etykietą "made in 80s".
Nie, tu nie ma jakiejś rewolucji. To nie tak, że nagle MGMT telepatycznie zawładnęli myślą muzyki z tamtych lat, są przecież na to za młodzi. Rzecz w tym, że stworzyli pastisz klasycznego brzmienia lat osiemdziesiątych i zrobili to perfekcyjnie!
To piękna, nostalgiczna podróż, która nie brzmi do tego pretensjonalnie i zwyczajnie puszcza nam oko. To bardzo mocny punkt i zasłużony singiel. Następnie "Kids", który już stał się legendą. Recepta na wielkie przeboje jest prosta tak jak prosta, oszczędna i skromna jest ta kompozycja. Znajdzie się ktoś kto po wysłuchaniu, nie będzie nucił sobię tej melodyjki? Nie wierzę!
Porzucone na chwile gitary powracają szybko i towarzyszą nam już do końca płyty. Od tego momentu robi się coraz gęściej. Cały czas krążymy gdzieś na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych i sugeruje nam to nawet szaleńcza zabawa ludzi odpowiedzialnych za mastering. Nie lubię szczególnie porównań do innych zespołów ale i tutaj MGMT sprawiają nam psikusa.
Nieraz chciałoby się rzec "toż to sami The Beatles w 'Pieces Of What'" ale po zastanowieniu nie jesteśmy już tacy pewni.
"Oracular Spectacular" umyślnie nagrano tak aby zdawało się nam, że słuchamy bardzo starej płyty, zarejestrowanej w starym studiu na wyjątkowo wiekowym sprzęcie. Guzik. Ten trik pozwala nam jednak nieco głębiej wgryźć się w klimaty jakie serwują nam Andy i Ben, a raczej pomagają nam odebrać ten album tak jak było to w planie zespołu. Jest wiele, wiele, na prawdę wiele eksperymentowania i to zarówno w warstwie muzycznej jak i wokalnej. MGMT śpiewają na wielkim luzie, ich wokale lubią uciekać gdzieś do tyłu by zaraz pojawić się na nowo w pierwych rzędach, czasami grają niedbale by w nastepnej chwili powrócić do wymierzonego przy linijce rytmu. Tu wszystko może się zdarzyć. Kończący płytę "Future Reflections" wcale nie wyprowadza nas ze świata, do którego MGMT nas zaprosili.
Album się kończy a my siedzimy zatkani, nikt nie wziął nas za rączke i nie pokazał co nalezy zrobić po wysłuchaniu "Oracular Spectacular"... włączamy więc od nowa.
Przyznam się bez bicia, że nie potrafię wygłosić jednoznacznej opinii na temat debiutu młodych Amerykanów. Mamy tu geniusz, kicz, eksperymenty, prostotę, niedbalstwo i pełen profesjonalizm, ta płyta jest jak gra "100 in 1". Zdecydowanie wymaga czasu i skupienia co w zestawieniu z komercyjnym sukcesem sprawia, że mamy tu do czynienia z zabawnym oksymoronem. Być może ludzie nauczyli się słuchać, może czekają nas lepsze czasy a może wręcz przeciwnie? Zbyt odważne to pytania a płyta MGMT z pewnością nie jest na nie odpowiedzią. Jednak mamy wskazówkę. Młodzi artyści zaczynają znów kombinować, czerpią z klasyki i nie wstydzą się tego, myślą jak znów zaskoczyć słuchacza, siebię i... muzykę.
To dość subiektywna opinia ale ja MGMT uwierzyłem, co do ich przyszłości to można spodziewać się wszystkiego jednak warto uchwycić ich magię właśnie teraz. Szczerze polecam!

7/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz